czwartek, 2 stycznia 2014

Rozdział II ,,Oczekiwanie znaczy cierpienie"

            Dzisiaj nie wydaży się nic dobrego...Ja to poprostu wiem.Może mam dar przewidywania przyszlości? Może tak,może nie ale ja to wiem.
Już za dwie godziny zacznie się moja męka. Ta niepewnośc, czy dadzą mi pożyc do pietnastych urodzin, czy nie.Strasznie się boje.  No nic, pożyjemy-zobaczymy jak będzie. Mam nadzieję, że nie wylosują nikogo z mojej rodziny...
Czas zjeśc ,,obiad" a potem czeka mnie cierpienie... Oczekiwanie na to, kto zostanie wylosowany. Na to, kto dostanie tylko jedną szanse aby przeżyc...
          Zeszłam na dół. Przy stole siedzi moja mama, a w ręce trzyma jakieś zdjęcie. Nie zdążyłam zobaczyc, kto na nim jest. Mama zauważyła mnie i szybko schowała przedmiot za siebie a ja zdążyłam ujrzec gorzką łzę, toczącą się po szarym oświetlonym blaskiem świecy policzku.
Płakała? Kto był na zdjęciu ?
-Mamo... -Niepewnie podeszłam do mamy i usiadłam obok niej-Czy ty... Płakałaś?
-Nie, nie córciu... To tylko-Szybko wytarła oczy-ty tylko uczulenie.
-No dobrze, ale co tam masz? Mamo, wiem że coś ukrywasz. Pamiętaj, mnie nieda się oszukac.
Wyczułam, że mama jest załamana więc przytuliłam się do niej szybko i otarłam łzy.
-Już dobrze Mags, już dobrze. I pamiętaj zawsze, że cokolwiek by się stało to Allenowie dadzą radę.
Mama uśmiechnęła się, i nalała nam pomidorówki.
-Lilko! Obiadek!-Krzyknęłam po czym poszłam po moją siostrzyczkę-Choc, bo ostygnie!
Usiadłam przy stole, a Lily oddałam mamie, która wsadziła ją do krzesełka, zrobionego własnoręcznie przez naszego tatę. Byłyśmy bardzo wygłodniałe, więc szybko opróżniłyśmy miski. Coś działo się w moim brzuchu. Na pierwszy rzut oka pomyślałam, że jestem poprostu głodna. Ale nie. To nie głód,to strach...
Wkońcu zaraz losowanie.
Ubrałam Lily, a potem siebie. Mama zrobiła to samo i wyszłyśmy. Żadnej z nas nogi nie chciały współgrac z ciałem. Ani na mojej twarzy, ani na twarzy mamy nie malował się uśmiech. Nawet mała Lily wiedziała co się święci, więc cichutko siedziała w wózeczku mocno przytulając misia, którego dałam jej gdy się urodziła. Po tak długim czasie wkońcu dotarłyśmy do miejsca, gdzie za chwilę mogą skończyc się moje marzenia.Może skączyc się moje życie...
Stałyśmy w bramie, niewiedząc co teraz zrobic. Lecz wszystkie trzy przeczuwałyśmy, że ten dzień nie skączy się dobrze.
Stanęłyśmy w kolejce do ochroniarzy miasteczka.
Zobaczyłam setki twarzy.Wszystkie były chude i szare.
Nagle przypomniałam sobie, że wszyscy tutaj wydają pieniądze na wymyślne stroje dla Chloe i na arene, na której będziemy walczyc o życie.
Craven Arms za każde zawody dostaję miliony, a wydaje je na kolejne zawody. Niewiem kto jest głupszy: Ta nasza głupia pani burmistrz- Chloe czy Nicos,jej chłopak. Jest projektantem tych wszystkich wymyślnych ciuchów.
Przeszłyśmy już przez barierki i podążałyśmy pod wielką scene,która oczywiście również jest wymysłem Chloe.
Wokół nas było pełno osób, które wyglądają na mój wiek-więc dlaczego ich nie znam?
To bardzo dziwne....



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz